Długo walczyłam z samą sobą. Nie wiedziałam czy jestem gotowa na ten krok, by opowiedzieć swoją historię. Miałam wybór i wybrałam. To ona przez długi czas była mi najbliższa. To jej zaufałam. To bez niej nie wyobrażałam sobie życia. To ona. Moja przyjaciółka. Amfetamina.

Samotna. Polka na obczyźnie.

Dzień jak co dzień. Praca z dala od rodziny. Powoli próbowałam pozbierać się po długoletnim związku. Byłam sama, choć było nas wielu. Polacy – imigranci. Praca, która dawała jako taką satysfakcję. Bez przyszłości, ale były dobre pieniądze.

Kochałam te kwiaty. Orchidee. Piękne kolory i zapachy unosiły się wszędzie. Nie zdawałam sobie sprawy, że każda z nich ma inną nazwę. Tyle odmian. Wszystkie wspaniałe. Była to dla mnie zupełna nowość, która sprawiała mi radość.

Moja samoocena sięgała dna. Nadrabiałam uśmiechem ile mogłam lecz tam w środku był tylko głośny krzyk. Krzyk, którego nikt nie słyszał. Sama starałam się udawać, że nie słyszę. Poznałam wtedy wielu ludzi. Taka moja nowa rodzina. Naiwnie myślałam, że tam wszyscy trzymają się razem.

Z kim przystajesz taki się stajesz?

Polubiłam mieszkańców domu. Dziewczyny były fajne, w podobnym wieku. Rozmawiałyśmy swobodnie. W końcu spędzałyśmy wspólnie bardzo dużo czasu. Wiedziałam, że amfetamina gości w naszym domu. Wiedziałam więcej, ale nie interesowało mnie to wcale. Do czasu.

Dzień jak co dzień. No może trochę gorszy poranek, ciężki wieczór i natłok myśli zrobił swoje. Do tego pracy więcej niż zwykle. Na przerwę chodziłam do domu, było bardzo blisko. Dziewczyny musiały się „poratować”. Pękłam. Mogę też?

Poszło w coca colę. Przecież ja nigdy w życiu nie wciągnę tego nosem. Przecież nie jestem ćpunem. Jakbym śmiała. Pij szybko, nie wąchaj, bo śmierdzi. Do wieczora nie miałam apetytu. Właściwie zdałam sobie z tego sprawę, kiedy położyłam się w łóżku.

Okazało się, że nic nie zjadłam. Piłam dużo, bo suszyło cholernie. Wtedy też zaświeciła mi się lampka w głowie. W łatwy sposób zrzucę te parę kilogramów, których zdecydowanie było ponad normę. W pracy też dobrze poszło. Nawet nie wiem kiedy skończyłam to, co musiałam.

Pach, pach, pach.

Ten pierwszy raz, kiedy czujesz jak wstrętny, gorzki posmak smarków spływa ci do gardła. Ten moment, kiedy trzymając krótką rurkę trzęsącymi się dłońmi, masz milion myśli na sekundę czy jesteś tego pewna. O dziwo, byłam pewna.

Nawet nie wiem kiedy zleciało pierwsze pół roku i pierwsze minus dwadzieścia kilogramów. Nawet nie wiem kiedy postanowiłam nie zjeżdżać na święta do rodziny, bo ktoś zawalił z urlopami i to ja zgodziłam się zostać.

Nawet nie wiem skąd pomysł na wigilijne potrawy w postaci białego proszku na dwunastu talerzach. Nawet nie wiem kiedy odsunęłam od siebie prawie wszystkich ludzi, którzy coś podejrzewali. Nawet nie wiem kiedy to ona została ze mną. Ona – najwierniejsza – ona, amfetamina.

Odseparowałam się od wielu osób, bo w głowie kłębiły się tylko jedne myśli. Wszyscy są przeciwko mnie. Byłam, a właściwie czułam się, prześladowana i dyskryminowana przez wszystkich. Wolałam siedzieć sama niż z kimś, kto jest przeciw mnie i chce się mnie pozbyć.

Moja przyjaciółka. Amfetamina.

Ufałam tylko jej, tolerowałam kilka innych osób. Trwało to wszystko półtora roku. Nie pamiętam wiele z tamtego okresu. Nie wiem czy byłam szczęśliwa, czy nie. Do dzisiaj łapię się na tym, że zaciskam szczękę tak mocno aż bolą mnie zęby.

Kiedy powiedziałam dosyć okazało się, że kontakt z ludźmi, którzy byli mi wtedy najbliżsi, momentalnie się urwał. Jakiś czas temu chciałam odświeżyć kontakt z dziewczyną, którą uważałam wtedy za najbliższą, nie wypalił.

„Napiszę do ciebie Sylwia, jak wrócę z pracy, bo teraz nie mam czasu”. Minęło ponad dwa lata od tej wiadomości. Czekam nadal aż wróci z pracy. Wtedy była mi bliższa niż siostra. Wtedy znała mnie na wylot. Wtedy, to ona dotrzymywała mi kroku. Albo ja jej?

Wiara, nadzieja, miłość.

A może miłość, nadzieja i wiara? Mężowi powiedziałam o wszystkim. Wolałam żeby wiedział z kim się wiąże. Nie chciałam mieć przed nim wtedy tajemnic. On mi zaufał. Do dziś żyję nadzieją, że zapomnę. Wierzę, że będę wiernie trzymała się swojego postanowienia.

Nie chcę jej już znać. Zbyt wiele czasu mi zabrała. Mam to szczęście, że trafiłam na osoby, które potrafiły zaakceptować mnie taką, jaką jestem. Mam to szczęście, że udało mi się stać silną i niezależną kobietą. Mam to szczęście, że obok mnie jest on i nasz syn. No i kot.

Mamy siebie. Są dni kiedy gdybam, czasami lubię. No i wyobrażam sobie, co by było gdybym tam została. Kim byłabym teraz? Są dni kiedy brakuje mi doby, ale nie chcę. Wiem, że nie. Nie mówię nigdy i przestałam się dziwić. Bo każde nigdy się zdarzy, a każde dziwię się sprawi, że doznam tego czemu się dziwiłam.

Taką drogę wybrałam, sama tego chciałam. Ciekawość i uczucie, że wszyscy tak robią i jest zajebiście, wzięły górę. Ciężko było mi powiedzieć dosyć. Ciężko było mi zawrócić. Jeszcze ciężej jest mi się do tego przyznać po tak długim czasie. Amfetamina była moją jedyną przyjaciółką. Jej ufałam, na niej polegałam.

Tylko dlaczego musiało to tyle trwać?