Jak wyglądało moje życie w Holandii? Czy warto tam pojechać? Ja osobiście sądzę, że tak. I chciałabym wrócić.
codzienność

Życie w Holandii. Czerwone Latarnie

Jedno z ciekawszych przeżyć mojego życia to trzy lata spędzone w Holandii. Nie tylko na przyjemnościach. Co mogę powiedzieć, ja też byłam emigrantką. Jak wyglądało w skrócie moje życie w Holandii?

Polka na emigracji

Pierwszy raz tam wyruszyłam, za swoją ówczesną – tak przynajmniej wtedy myślałam – wielką miłością. Byłam pełna obaw, jak to wszystko się potoczy. Z angielskiego niby dobre oceny miałam.

Jak to bywa jednak w szkołach, przy częstej zmianie nauczycieli, wałkowaliśmy co roku “To Be”, zwroty grzecznościowe i multum różnych słówek. Do dziś nie pamiętam jakich. Trzeba było wykuć na pamięć do kartkówki. Po kartkówce się zapominało.

Pojechałam. Koniec końców byłam w stanie powiedzieć “good morning”, pamiętałam też co mówiły psorki o “thank you”. “Dzieci język między ząbki”. Pamiętałam lecz wypowiedzieć mi było trudno, w praktyce wychodziło “czołg ci” (tenk ju) czy też dziwne senk ju.

The End of Love.

Miłość się skończyła. Nie sądziłam wtedy, że moje życie tak diametralnie się zmieni i to na obczyźnie. Wszystko weryfikuje się samo. W końcu niezbadane są wyroki boskie. Niecałe sześć lat razem. Choć podobno statystyczny polski związek rozpada się po pięciu. Tak słyszałam.

Życie w Holandii nie zawsze było usłane różami, ale gdzie jest usłane? Tego nie wie nikt. Zwiedziłam wtedy to, o czym marzyłam. Red Light District, czyli sławetną dzielnicę czerwonych latarni.

Poznałam też kulturę holendrów, tak inną, a jednak podobną. Kocham ten kraj i kocham wracać do wspomnień z tamtego okresu. Jeśli będę miała jeszcze możliwość pracy tam, a zwłaszcza życia, na pewno z niej skorzystam!

Najpierw ciut historii przytoczę

Prostytucja, najstarszy zawód świata, przez jednych uwielbiany (chyba nie muszę wyjaśniać), a przez innych znienawidzony. Od wieków Holandia była uznawana za kraj rozpusty, prostytutki były wszędzie.

Nawet w dzisiejszych ekskluzywnych dzielnicach. Robił się problem. Aby go rozwiązać, ktoś łebski wymyślił by umieścić wszystkie “panie lekkich obyczajów” w jednym miejscu.

Padło na Amsterdam, w okolice kościoła Oude Kerk. Niedaleko nawet przedszkola imienia księżnej Juliany, kilka minut piechotą od dworca kolejowego. Znaleźć tam też można posąg z brązu przedstawiający właśnie prostytutkę.

Ja posągu nie widziałam. Najwyraźniej byłam tak podekscytowana tymże miejscem, albo nocną porą ciężko było mi ją dostrzec. Tłumów nie brakowało. Co zatem zapadło mi w pamięć?

Miasto rozpusty?

Dealerzy narkotyków, to na pewno. Co rusz, jakiś za nami się pojawiał i oferował, często po polsku choć polakami nie byli, swój asortyment. Na rogu stał Pan, coś sprzedawał, gdy usłyszał, że mówimy po polsku, to przywitał nas słowami “ooo cześć, kurwa” słowo “cześć” było mniej zrozumiałe, za to kurwa wyjątkowo pięknie powiedziane!

Pani w oknie. Kurtyna w dół.

Odkąd pamiętam, przekleństwa w innych językach, są nam łatwiejsze w zapamiętaniu niż gramatyka. Byłam pod ogromnym wrażeniem pięknych azjatyckich dam. Były naprawdę śliczne, ale one chyba już tak mają. Byli też transseksualne panie/panowie. I mimo pięknych, pokaźnych biustów, krocze też się pokaźnie zarysowywało.

Nie sądziłam wtedy, że sławetne Red Street, to kobiety w oknach, byłam przekonana, że one po prostu stoją na ulicy, cóż mój błąd i nie doinformowanie. Przy każdym oknie były drzwi, przez które rozochocony pan czy pani, a nawet oboje, wchodzili.

Żaluzja wędrowała w dół. Po jakimś czasie był koniec. Ot taka atrakcja, dobrze płatna. Był jeszcze jeden widok, który chcąc nie chcą wywołał we mnie sporo emocji, a od okna nie umiałam po prostu odejść.

Amsterdam to nie tylko prostytutki.

Pokaźnych kształtów Pani w seksownej bieliźnie, zajadająca ociekające tłuszczem skrzydełka z kurczaka! Tłuszcz ciekł po jej wydętych piersiach. Kiedy kończyła z jednym skrzydełkiem, wkładała palec do ust, oblizywała językiem i chwytała za kolejny.

Prócz prostytutek, można tam znaleźć inne atrakcje. Muzeum Seksu czy też Muzeum Konopi. Z kolei muzeum konopi, zawiodło chłopaków, bo było w nim zaprezentowane, co jeszcze z tych pięknych konopi można robić. Nie tylko palić.
Koniec końców wróciliśmy do rzeczywistości.

Życie w Holandii. Podejście drugie.

Po powrocie do Polski, już jako samotna i wolna kobieta, spędziłam kilka tygodni z rodziną i znów wyjechałam. Zakochałam się w stylu życia i bycia holendrów. Chciałam tam być.

Tym razem padło na inne miejsce. Na prawie dwa lata zakotwiczyłam w mieście Bleiswijk, ok 12 km od Rotterdam’u, Gdzie poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi, z którymi czas spędzony był intensywnie. Tak to chyba dobre słowo.

Tam też dowiedziałam się od chłopaków, że w Hadze też jest niby jakaś dzielnica z prostytutkami, ich zdaniem tańszymi, ale też gorszymi jakościowo. Eksperci? Życie w Holandii obfitowało w wiele przyjaźni. Szkoda że to co dobre szybko się kończy.

Samą Holandię wspominam jako jedno z największych pasm życiowych sukcesów i porażek. Wzlotów i upadków. Była to moja szkoła życia, o której nigdy nie zapomnę. Czy mimo wszystko chcę wrócić?

Tak, jednak tym razem z mężem, synem i kotem!