“Aaaaaagrrr grr grrrryyyyy” słyszę dziwne odgłosy wsiadając do pociągu, który miał zawieźć mnie i moje cztery zacne litery do Paryża. “AaaAAaaa grry grrryyyy aaaa” znów to samo. Dzień matki. Jeden dzień, który miał skończyć się we Francji.

Już wstałeś?

Te słowa uświadomiły mi, że moja podróż właśnie się skończyła, musiałam powrócić do rzeczywistości. “Już idę zrobić Ci to mleko”. Ledwo widząca, powłóczyłam nogami do kuchni, kopiąc po drodze w jakieś porozrzucane zabawki na podłodze.

“ehh miałam posprzątać, a nie siedzieć na Instagramie do pierwszej w nocy”.

Po wykonaniu czynności, które nie zmieniły się już chyba od dawien dawna, czyli nastawieniu wody, przygotowania mleka, przebrania Prezesa, pożegnania P., w końcu nastała pora na kawę.

Dzień matki.

Znów zapomniałam nastawić więcej wody. Z gorącą kawą maszeruję do pokojo-sypialnio-bawialni zasiadam przed ekran, by sprawdzić co się dzieje w wirtualnym świecie. Niestety Filip zdążył wypić mleko, pora na zabawę.

Z kawą maszerujemy do pokoju Prezesa, który aktualnie służy tylko jako duża szafa na zabawki i ubrania, bierzemy najpotrzebniejsze rzeczy i wracamy. Ja, Filip i kawa. Zajął się sobą więc czas dla mnie, zaczytana w nowych postach blogowych i Facebookowych, upijam łyk kawy.

Zimna. Nic nowego. Wypijam ją duszkiem, nawet nie wiedząc kiedy. Opamiętałam się dopiero, gdy kawy już nie było, a kolejny łyk byłby błogosławieństwem. Podróż do kuchni nie obyła się bez targania za gacie.

W końcu z Prezesem na rękach (jakże mogło być inaczej), nastawiam wodę, robię śniadanie, zanoszę witaminki do pokojo-sypialnio-bawialni, wracam do kuchni. A tam, przeszedł huragan?

Nie, to tylko Filip i zawartość szuflad.

Zabieram wszystko do wiecie już gdzie, sadzam smyka na łóżko-tapczano-bawialnię i zaczynam karmić. Po trzech sekundach chleb jest wtarty we wszystko co możliwe, łącznie z moim nosem, oczami i włosami. Więc sadzam go do fotelika.

 

Mamy 10:30, co tam w telewizji? Jak zwykle nic. Puszczamy więc z Filipem premierowy odcinek Singielki, by w spokoju zobaczyć tylko początek, bo serialem Filip jest mniej zainteresowany, więc ja też nie powinnam być.

Przeleciał cały odcinek, znów nie wiem co tam słychać u matki Elki, bo to dla niej oglądam głównie ten serial i odkąd jest puszczany, widziałam raptem 2 całe odcinki. Filip padnięty, więc na YouTube przez godzinę lecą kołysanki, by zasnął pod sam koniec ich trwania.

Uradowana, że zdążyłam przed dwunastą biegnę do kuchni by przygotować obiad, ogarnąć mniej więcej pokoje. Zazwyczaj mniej niż więcej. Załatwiam sprawy, które odkąd jest Filip podporządkowuję pod Niego, w łazience, na kiblu.

Mieszając obiad, zerkam w telefon, czy coś nowego się nie wydarzyło u e-znajomych. Mija godzina. Z pokojo-sypialnio-bawialni dobiega najpierw ciche, a później coraz głośniejsze “AAAgggryyyyryyy mmmaagrryy”.

Później słyszę tylko tup tup tup i widzę białogłową postać w kuchni, chcącą wskoczyć od razu w me ramiona. Oczywiście pozwalam na to.

 

Dniu czy ty się kończysz?

Przebieram, podaję obiad, który po kawałeczku zostaje wyciągnięty z buzi, bo od wczoraj Prezes przestał lubić kawałki w zupie, gustuje w zupach typu krem. Lecę do kuchni szybko zmiksować. Ale chyba nie dokładnie, bo jeszcze coś razi to delikatne podniebienie jaśnie Pana.

Zadowoleni oddajemy się w wir zabawy, trochę oszukuję i co jakiś czas przymykam oko na krótką regenerację sił. Filip jednak odkrywa moje intrygi, bystra bestia z niego i szybko doskakuje ku mej osobie, by zwrócić uwagę na siebie.

W końcu to on tu jest najważniejszy! Podwieczorek. Mama się nie wysiliła, będzie banan, mmm pyszny bananek. “Chodź kochanie idziemy ugotować tatusiowi obiad”, po otwarciu lodówki stwierdzam, że dzisiaj będzie pyszna włoska pizza! Biorę za telefon i zamawiam.

P. powrócił i z udawaną radością chwali mnie, że pizza jest idealna oraz właśnie na nią miał dziś ochotę. Tak się składa, że Prezes coś marudny od kilku dni, może zęby, może chory, może pogoda, może gorsze dni, może nie wiem co. Na szczęście padł szybko. Dzień matki dobiegł końca?

Mój ci on, mój wieczór.

Więc ja, jak przystało na Idealną Panią Domu mam plan, by mieszkanie lśniło, biorę się do pracy! Czyszczę płytę kuchenną, po czym zasiadam z kawą do wirtualnego świata, potem przenoszę się do dużej szafy na zabawki i ubrania Filipa i zaczynam pisać post.

Dochodzi 21:30, jeszcze trzeba wybrać zdjęcie, które będzie idealnie wkomponowywało się w ten post, trzeba je obrobić, post przygotować do publikacji, zerknąć co w wirtualnym świecie słychać.

Próbuję sobie wmówić, że dzisiaj zrobię sobie prawdziwy dzień matki i odpocznę. Może pośpię dłużej? Na pewno wezmę relaksujący prysznic, nałożę maseczkę, może jakiś pedicure?

Budzę się rano słysząc to, co zwykle, czuję jednak dziwne mrowienie na twarzy. A tak, idę zmyć maseczkę z twarzy. Gdzie zatem dziś spędzę dzień matki?